1500 km w poszukiwaniu dobra – Dzień XII – XV – Bornholm wzdłuż i wszerz – w poszukiwaniu wędzonego śledzia

Nadszedł dzień kiedy należało się pożegnać z Agą, ponieważ Bornholm nas wzywał. Z jednej strony ogarnął nas smutek, bo spędziłyśmy 3 szalone dni w Malmo, z drugiej byłyśmy szczęśliwe, że w końcu przed nami ostatni etap podróży, na który tak bardzo czekałyśmy i o którym tyle się naczytałyśmy.

DZIEŃ XII

XII-IXII-IIZanim jednak znalazłyśmy się na wyspie określanej mianem Perły Bałtyku musiałyśmy jeszcze trochę się pomęczyć, pokonując kolejne szwedzkie podjazdy. Zaczęłyśmy się nawet zastanawiać, kto wpadł na pomysł by zrobić drogi przez te górki? 🙂
W pewnym momencie wykończone jedną z nich, zatrzymałyśmy się w szczerym polu, aby podbudować trochę morale w zespole i jednocześnie uzupełnić kalorie. Na postój, zresztą już tradycyjnie, wybrałyśmy piękne i na pierwszy rzut oka spokojne, okoliczności przyrody. (Jako ciekawostkę możemy wam zdradzić, że tylu koni co w Szwecji nie widziałyśmy chyba w całym swoim życiu. Beata, będąc pod ogromnym wrażeniem tego widoku,  stwierdziła nawet, że po powrocie musi się koniecznie nauczyć jeździć konno 🙂 ). Kiedy zabrałyśmy się za rozpakowywanie sakw w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia przejechał obok nas traktor, którego kierowca był, delikatnie mówiąc, zaskoczony naszym widokiem. Po chwili zwątpienia uśmiechnął się i nam pomachał. Mała rzecz, a jak cieszy, kiedy człowiek zastanawia się po raz n-ty: „Po co mi to wszystko?” 🙂

Wróćmy jednak do miejsca, które miało być przede wszystkim spokojne. Było, do czasu. Nie ukrywamy, że wtedy liczyłyśmy na ciszę, jednak nagle nad naszymi głowami przeleciał samolot. Jak się okazało – za kolejną górką było… lotnisko 😀 No nic. Nauczone doświadczeniem nie miałyśmy już nawet siły marudzić. 🙂

Jadąc tak góra – dół, góra – dół, wiatr w dziób, a ostatecznie też deszcz, dotarłyśmy w końcu do Ystad.
Miasteczko przepiękne, każdy kto je choć raz odwiedzi zrozumie dlaczego stało się miejscem akcji książek kryminalnych. My, na całe szczęście, nie zostałyśmy uwikłane w żadną niebezpieczną historię. 🙂

Zrobiłyśmy zapasy ciasteczek, o których wspominałyśmy w poprzednim wpisie, ostatnie pieniądze wydałyśmy na drogą kawę i rogala. Ukrywając się przed deszczem, uzupełniałyśmy nasz facebookowy profil i relaksowałyśmy się, patrząc jak wróble wyjadają okruszki z talerzyków stojących przed nami. Powiemy Wam szczerze, że nasze głowy były w tamtym czasie zajęte marzeniem o cieście drożdżowym z rabarbarem.

W końcu nadszedł czas pożegnania się na kilka dni ze Szwecją i wypłynięcie w kierunku kolejnego celu naszej wyprawy. Po ponad godzinnej przeprawie promowej nasz stopy i koła stanęły na Bornholmie. Nie będziecie zdziwieni jeśli powiemy, że nawigacja znowu postanowiła poprowadzić nas w pole. Całe szczęście jesteśmy zwolenniczkami papierowych map i dość szybko stwierdziłyśmy, że coś jest nie tak, bo raczej nasz kolejny gospodarz nie mieszka aż tak daleko. Zawróciłyśmy i po kilkunastu minutach błądzenia trafiłyśmy do… tajemniczego ogrodu.
Drzwi do podwórza porośnięte były bluszczem, który po wieczornej burzy, która nas złapała w drodze, wywołała u nas właśnie takie skojarzenie. Dom Ilse ogarnięty był zapachem świeżych bułeczek i ciasta (przepisy mamy zachowane i gdyby ktoś chciał – zapraszamy na wspólne pieczenie). 🙂
Jak się okazało Ilse jest typem podróżnika – nie to co my, pierwsza wyprawa… Jej opowieści, już na starcie świadczyły o tym, że zna wielu Polaków, ma wielu przyjaciół rozproszonych po świecie. W barku na widoku stały klasyczne polskie trunki „Gorzka żołądkowa” i „Polska wiśniowa”. Nie były to jednak jedyne polskie akcenty w tym mieszkaniu ale niech pozostanie to tajemnicą. 😉
Wieczór spędziłyśmy smakując lokalnych konfitur (tak po tej uczcie wróciłyśmy z Bornholmu z przydomkiem „słoiki”, a sakwy przybrały sporo na wadze).

DZIEŃ XIII

XIIIZ samego rana, po śniadaniu stwierdziłyśmy, że najwyższa pora wyruszyć na poszukiwanie wędzonego śledzia, który jest tam lokalnym przysmakiem. Rozmawiając z Ilse udało nam się ustalić, że na wyspie jest kilka wędzarni – tzw. Røgeri, w których możemy kupić ten bornholmski specjał. Pogoda jak zwykle nas nie rozpieszczała. Plan był taki żeby objechać wyspę dookoła, jednak rzeczywistość znów zweryfikowała nasze plany. Ostatecznie wyjeżdząjąc z Rønne dojechałyśmy linią brzegową do Gudhjem i skierowałyśmy się w głąb lądu, by wrócić do miejsca startu.
Ale właściwie co z tym śledziem? No był. I na ten posiłek, a w zasadzie dwie kanapki wydałyśmy miliony monet, bo w przeliczeniu na nasze wyszło jakieś 100 zł. I tak. Sam śledź nie zrobił na nas wielkiego wrażenia, natomiast jajecznica, która była dodatkiem do drugiej kanapki z wędzonym łososiem (zamiast niego dostałyśmy niby pstrąga), zrobiła na nas ogromne wrażenie, bowiem dostałyśmy idealnie ugotowane na twardo jajko… Musielibyście zobaczyć nasze miny w tamtym momencie. No nic. Fischbrötchen na Rugii zdecydowanie bardziej trafiły w nasz gust.
Po powrocie do domu Ilse czekał na nas iście królewski obiad – ryż z warzywami i kurczakiem – nasza gospodyni stwierdziła, że to nic nadzwyczajnego, tzw. sprzątanie lodówki i że mając gromadkę dzieci często musiała gotować coś z niczego. Sprzątanie, nie sprzątanie – efekt był kapitalny. Najedzone, przebrane w stroje cywilne ruszyłyśmy w miasto. Stwierdziłyśmy, że warto zrobić jakieś zakupy no i chociaż trochę pozwiedzać. Tego właśnie nie lubimy w tej wyprawie. Za mało czasu spędzonego z naszymi gospodarzami i za mało czasu poświęconego na poznawanie miejsc, w których się zatrzymywałyśmy. To zdecydowanie do poprawki podczas kolejnych wyjazdów.

DZIEŃ XIV

XIVNastępny dzień pobytu na Bornholmie miał być TYM dniem, w którym na naszym liczniku ukaże się w końcu długo oczekiwana liczba 1500 przejechanych kilometrów. Chciałyśmy objechać pozostałą część wyspy i wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że przez ostatnie 40 km wiał taki wiatr, że trudno to opisać – Beata odczuła tego skutki już na promie do Świnoujścia – zatoka tak jej zastrajkowała, że twarz wyglądała jakby ktoś ją znokautował. Jednak satysfakcja, kiedy naszym oczom ukazała się upragniona liczba, pozwoliła nam zapomnieć o trudach poprzednich dni. Beata mimo, że przez połowę trasy miała problemy z rękami (w pewnym momencie praktycznie ich nie czuła a zamontowanie wora transportowego było nie lada wyzwaniem) podniosła swojego rumaka do góry kołami, uniosła nad głowę (przez co jeszcze oberwała bidonem) i przemaszerowała z nim pół plaży. Uwolniona w tamtym momencie adrenalina zdecydowanie dodała nam skrzydeł.

Szybko wróciłyśmy do domu, by już za chwilę znów znaleźć się na plaży, tym razem mając w planach świętowanie. Duński Carlsberg jeszcze nigdy nie smakował tak dobrze jak wtedy, w promieniach zachodzącego słońca.

DZIEŃ XV

Co tu dużo pisać. Dzień totalnej laby. Kilka godzin spędzonych na plaży w towarzystwie sławnych już Ben&Jerry’sów – paradoksalnie tego dnia w końcu pojawiło się słońce, później szybkie pakowanie, pożegnanie z Ilse i… pora wracać do domu. 🙂
Te dwa tygodnie minęły bardzo szybko. Czy żałujemy? Tak, zdecydowanie…

…że trwały tak krótko. 🙂

cdn.

PS Tym razem ze względów technicznych zdjęcia znajdziecie tutaj: http://1drv.ms/1Js3Uoz

Za utrudnienia przepraszamy. 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s