1500 km w poszukiwaniu dobra – Dzień VIII – W poszukiwaniu Nimis

Wyobraźcie sobie, że było tak zimno, że po 15 minutach spania „13” obudziła się z nadzieją, że jest już 5 nad ranem. Niestety – zerknęła na zegarek i minęło dosłownie 15 min od momentu, gdy zamknęła oczy. Tak spędziłyśmy jakieś 4 godziny wzajemnie nasłuchując czy druga żyje, czy już może hibernuje. Przed 5 Sandra nie wytrzymała i doszła do wniosku, że najrozsądniej będzie, gdy wstanie i się porusza. Skoczyła do kuchni, przygotowała herbatę i podziwiała piękny wschód słońca. Co tam zimno, nieważne, że była to jej najgorsza noc w życiu (Pomijam tą spędzoną w szpitalnym łóżku, kiedy to dopiero zaprzyjaźniałam się ze śrubą w stopie), ważne że widok był piękny. Beata w tym czasie ani myślała się gdziekolwiek ruszyć ze śpiwora… jednak kubek gorącej herbaty przyniesiony przez „13” przekonał ją do tego, że najwyższa pora wystawić nos z namiotu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Poszłyśmy szykować śniadanie.
Znowu kuchnia.
Wiecie co?
W MasterChefie czy innych tego typu produkcjach musieliby dużo zapłacić, żeby mieć w swojej ekipie tak pomysłową osobę jak Sandra. Po tym co tym razem „13” wykombinowała, Beata stwierdziła że Kierownik raczej do normalnych nie należy. Powód? Tostowanie chleb na kuchence gazowej… 😀 Smak? A czy to ważne? Grunt to wyobraźnia 😉
Co możecie zobaczyć sami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPo złożeniu domu udałyśmy się, tym razem zgodnie z planem, na zwiedzanie zamku i okolic.
Jak wiecie, albo i nie, Sandra pochodzi z Pomorza. Jednym z jej ulubionych miejsc nad morzem jest Darłówko. Jaki to ma związek z Helsingørem? Ano koleś, który przyczynił się do rozpoczęcia budowy zamku Hamleta urodził się w Darłowie!
Kim jest ten gościu?
Eryk Pomorski – u nas książę, za granicą król Norwegii, Danii i Szwecji.
Taki tam zbieg okoliczności.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Wędrując uliczkami w okolicach zamku wyczuwałyśmy ducha tamtych czasów. U naszych boków posłusznie, tym razem nie w galopie, wędrowały dwa rumaki – Giant i Superior.
Pokręciłyśmy się i skierowałyśmy w stronę promu. A tam zaparkowałyśmy obok tira ze Szczecina (znowu prawie jak w domu). Kierowca pojazdu przyjaźnie pomachał do nas, gdy opuszczałyśmy pokład – taki zwyczajny gest a jak wiele znaczy, gdy człowiek jest wymęczony.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Szwecjo – nadchodzimy!
Gdyby nie kurtki windy z Martombike chyba byśmy zginęły na tej wyprawie. Szwecja zdecydowanie nie powitała nas za dobrze. Postanowiła, że wiatr i niska temperatura ochłodzą nasz entuzjazm.

Planowałyśmy dotrzeć do Nimis.
Co nam z tego wyszło?
To skomplikowane, ale np. po drodze zwiedziłyśmy malownicze ogrody. Zupełnie przez przypadek. Wjechałyśmy na teren ogromnego kompleksu, nacieszyłyśmy oczy kwitnącymi kwiatkami i skierowałyśmy się do wyjścia… przy którym już ustawiła się kolejka. Jak się okazało, zaliczyłyśmy zwiedzanie “na gapę”, bowiem, aby wejść na teren obiektu trzeba uprzednio wykupić bilet. Ale co tam, nie pchałyśmy się do kasy – wyjechałyśmy jak gdyby nigdy nic. Na twarzach miałyśmy wymalowane “mamy bilety”.
I nie żebyśmy nie chciały zapłacić za wstęp. Nic z tych rzeczy. Byłyśmy zwyczajnie nieświadome, że tam się płaci 🙂
Po wyjeździe uśmiechnęłyśmy się do siebie i ruszyłyśmy przed siebie.

Wybrzeże piękne, na zdjęciach wygląda niczym Chorwacja i Grecja – wszystko się zgadza tylko nie temperatura. Z czasem dotarłyśmy do miejsca oznakowanego szlakami – cieszyłyśmy się, że Nimis jest tuż tuż. Zaczęło się błądzenie po lesie, najpierw delikatne górki, z czasem było już tylko gorzej. Bywało, że jeden rower zostawał, a drugi wspólnie wnosiłyśmy po jakiś skalnych wzniesieniach. Nie traciłyśmy przy tym poczucia humoru. To już chyba taka reakcja w chwilach stresowych. Szczególnie w chwili, gdy okazało się, że chyba jedziemy nie tam gdzie trzeba. Zawróciłyśmy. Walczyłyśmy dzielnie. Zdarzało się że po kostki stałyśmy w bagnie, nasze obciążone rowery tonęły i trzeba było je szybko ratować.

Ale to jeszcze nic. Szlak nadal był oznakowany! No przecież musi dokądś prowadzić.
W pewnym momencie górki, skaliste wzniesienia wzbudziły nasz niepokój. „13” położyła swojego rumaka w bezpiecznym miejscu i poszła sprawdzić co nas czeka.
Niestety nie wzięła aparatu. Ciężko było wspinać się bez roweru a co dopiero podjechać. Gdy jej oczom ukazała się prawie pionowa lita skała – zwątpiła. Wdrapała się ostatkiem sił a to co zobaczyła uświadczyło ją w przekonaniu, że Nimis jest naszym trójkątem bermudzkim, czeskim filmem, widmem i nie wiadomo czym jeszcze. Wróciła do Prezesa, opowiedziała o tym co ukazało się jej oczom i decyzja mogła być tylko jedna… Zawróciłyśmy.

Podjęłyśmy również decyzję, że skoro jesteśmy tak zmęczone po nieprzespanej nocy i walce z Nimis, to znajdziemy nocleg gdzieś w okolicach. Trafiłyśmy na pole namiotowe nad którym rozpostarty był wielki baner z napisem (oczywiście w tłumaczeniu na nasze): „Czynne od 16.06.2015”.
Beata stwierdziła, że szukamy dalej. Sandra była jednak na tyle zdeterminowana, że zasugerowała iż popyta tutejszych. W końcu ktoś jednak był na tym polu, jakoś z niego korzystał. Dlaczego nie spróbować?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Udała się do Pana i zapytała czy zna angielski.
•    Nie.
•    A niemiecki?
•    Nie.

Pozostał migowy. A co jak co, ale akurat to Kierownik ma opanowane do perfekcji. Wyskakuje z tekstem, że z Polski i macha udając że jedzie na rowerze. Po czym Pan odpowiada:

•    Z Polski to po polsku. Ja z Chorwacji, rozumiem.

Taki akcent wywołuje uśmiech na twarzach, nawet tych najbardziej zasmuconych. Rozmawiając z Panem wytłumaczyłyśmy mu naszą sytuację. Okazało się, że Pan M. jest właścicielem tego campingu i pokaże nam gdzie możemy wziąć prysznic (!) i rozstawić dom. Opowiedziałyśmy mu również o przejściach z ubiegłej nocy. Dostałyśmy pozwolenie na nocleg w łazience – a tam… piecyk. 😀
Pole namiotowe okazało się być niebylejakim miejscem. Dotychczasowe pola odbiegały zdecydowanie od tych u nas w kraju, ale te. To zupełnie inna półka.
Nawet sauny były. Wypas!

Z łazienki zrezygnowałyśmy na rzecz kuchni – mniejsza szansa, że ktoś odwiedzi to miejsce nocą. Umówmy się – w domu jeszcze opłaca wstać się do lodówki, ale żeby wędrować z domku do kuchni o 3 w nocy żeby coś ugotować? No komu by się chciało? 🙂
Mimo wszystko na szybko postawiłyśmy namiot, zostawiłyśmy sakwy i idąc trybem z klifów, udałyśmy się „na lekko” w poszukiwaniu Nimis – znowu nakręciłyśmy kilometry. Ale to nic.

Nikt o Nimis nie słyszał (a ewidentnie stał znak, że 4 km do celu). Troszkę wkurzone udałyśmy się do restauracji stojącej na bezludziu. „13” zapytała barmanów czy rozmawiają po angielsku, ci wezwali koleżankę, która okazała się być przemiłą osobą. Zaskoczona, poinformowała nas, że do Nimis ciężko jest dojść a co dopiero rowerem dotrzeć… Czas wdrapywania się i schodzenia do samego punktu to około 2-3 godziny…
Szybka kalkulacja dała nam do zrozumienia, że by zwiedzić Nimis potrzeba całego dnia…

A teraz tak na szybko. Pewnie nie chce Wam się sprawdzać czym jest tajemnicze Nimis, dlatego przytoczymy Wam fragment Wikipedii:

W 1980 roku Lars Villks (znany z powodu swoich karykatur Mahometa) zbudował na tym terenie wieże z desek, zwane Nimis(…). Ponieważ jest to teren trudno dostępny, władze dowiedziały się o tym dopiero po dwóch latach. Okazało się, iż Villks postawił je bez zezwolenia, w dodatku na terenie rezerwatu. Zażądano usunięcia konstrukcji(…). Próbowano też zniszczyć konstrukcje, m.in. podpalono największą wieżę. Mimo to Villks postawił kolejną budowlę – Arx (…), kamienny zamek w kształcie księgi. Zamek próbowano zniszczyć za pomocą młotów pneumatycznych.
Ostatecznie ogłoszono niepodległość Ladonii, obejmującej półwysep Kullahalvon. Jej władze uznały budowle za pomniki narodowe.

Poniżej link, gdyby ktoś z Was chciał poszperać więcej na ten temat
http://ladonia.pl/

Właśnie teraz uświadomiłyśmy sobie, że tak naprawdę odwiedziłyśmy cztery państwa, a nie tak jak początkowo myślałyśmy – 3 (oczywiście nie licząc etapu w Polsce, bo wtedy na liczniku mamy 5 krajów).

Zrezygnowałyśmy z tego punktu wycieczki, podziękowałyśmy miłej Pani i ruszyłyśmy do sklepu by zapolować na jakieś warzywa. Jadąc tak pośród rzepaków podziwiałyśmy skaliste wybrzeże.
Na kolację mistrz kuchni poleca – już tradycyjnie – warzywa z makaronem.

Wycieńczone, wykąpane, dość wcześnie, udałyśmy się na spoczynek w kuchni na podłodze, ponieważ musiałyśmy się jak najszybciej zregenerować po trudach ostatnich dni (kuchnia miała powierzchnię niewiele większą od naszego namiotu).
I wierzcie nam. Jeszcze nigdy spanie na twardej podłodze nie było takim luksusem, jak właśnie tego dnia. Taka wyprawa naprawdę potrafi wywrócić system wartości do góry nogami i pozwala zrozumieć, że w życiu powinniśmy się cieszyć z małych rzeczy…
cdn.

PS Cała galeria, ze zdjęciami w maksymalnej rozdzielczości, dostępna jest również tutaj: http://1drv.ms/1T9YofK

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s