Pamiętnik wyprawowy – Dzień V – Antonio naszym wybawcą!

Poranek wita nas ulewą.
No i weź tu człowieku zmotywuj się do dalszej drogi. Opuść swoją strefę komfortu i wyjdź z ciepłego pokoju na zewnątrz, gdzie pada deszcz… Nie możemy jednak marudzić, bo przecież „Inni mają gorzej”…

Dlatego tradycyjnie już „13” wędruje do garów i… na śniadanie mistrz kuchni poleca jajecznicę robioną na wodzie 🙂 Do tego ser i kanapka z serem.
Po cichu liczyłyśmy, że zanim zjemy śniadanie i się ogarniemy trochę się wypogodzi, ale nic z tego.

Prosimy właścicieli o wspólną fotkę i powoli zbieramy się do wyjścia. Gospodarze sugerują, że możemy zostać jeszcze na kolejną noc, gdyż nie zapowiadają poprawy, a wręcz ma być sztorm. My zaś pełne wdzięczności musimy odmówić, co wcale nie jest takie proste.
Żegnamy się i wychodzimy (oczywiście trwa to jeszcze dobre pół godziny, gdyż trzeba sprawdzić zawartość sakw).

Wydawało się, że wyszłyśmy w idealnym momencie i deszcz odpuścił, jednak gdy przymierzamy tyłki do siodełka znów zaczyna lać i to na tyle, że nie widać świata. Po chwili stwierdzamy, że dopadło nas nawet małe gradobicie.

No nic. I tak już jesteśmy przemoczone bardziej niż po konkretnej kąpieli, więc jedziemy tak dalej, zbierając na siebie przy okazji tony błota i trawy.
Paradoksalnie, dotychczasowa trasa przebiegała w większości ścieżkami asfaltowymi a tego dnia trafiłyśmy na polną drogę… Przypadek?

Nie obyło się też bez upadku. Zatrzymałyśmy się pod jednym ze sklepów by uzupełnić zapasy – była nawet chwila by uwiecznić nasz stopień upaćkania 🙂

Lało i lało, wiatr tylko potęgował uczucie wyziębienia, ale popatrzcie jak się w końcu pięknie zrobiło.

Cel na ten dzień to Keldby (gdzie znowu mamy zagwarantowane miejsce na polu namiotowym) oraz klify MON.
Cel celem… jednak znów sił brak, wiatr w dziób i do tego same podjazdy. I nie żartujemy. Mostki, mosteczki, górki, góreczki. Najgorsza przeprawa to już most na wyspę Mon. Jadąc z górki „13” udało się osiągnąć zawrotną prędkość 5 km/h i nawet mega skupienie na nic się zdawało, gdyż cały czas zwiewało ją na boki.
Po zdobyciu wyspy aż chciało się uściskać kamień 🙂

Kiedy wydawało się, że po pokonaniu mostu powinno być lepiej, okazało się, że wcale łatwo nie będzie… Nadal wiatr uniemożliwiał nam rozwinięcie zawrotnych prędkości.

Jakaż radość dopadła nas, gdy ujrzałyśmy na horyzoncie tabliczkę z napisem Keldby Camping. Dzwonek do drzwi, właściciel na początku powiedział, że nic nie pamięta, jednak po dłuższej dyskusji coś zaczęło mu świtać w głowie. 🙂 Informuje nas, że na noc zapowiadają wichury, dlatego dostajemy kluczyk do domku – tam będzie bezpieczniej. A poza tym przyda nam się troszkę luksusu. I to znowu ze zwykłej uprzejmości.
Zapomniałyśmy dodać, że wszystkich naszych gospodarzy obdarzamy upominkami od Drużyny Szpiku oraz naszymi naklejkami. Wspieramy dobrą akcję i każdemu o tym opowiadamy.

Po wrzuceniu naszego bagażu do domku, podejmujemy szybką męską decyzję – lecimy zobaczyć sławne klify.
Jest jednak jeden problem – zapomniałyśmy jak jeździ się bez obciążenia – tak – to możliwe 😛 Myślałyśmy, że na klify jest rzut beretem, jednak z kawałka zrobiło się jakieś 15 km, o ile nie lepiej. Oczywiście zabłądziłyśmy, ale przy tej okazji pobiłyśmy rekord prędkości – 55 km/h. Niestety musiałyśmy zawracać i wjechać pod tę górkę, z której tak wspaniale się zjeżdżało… W końcu trafiłyśmy do miejsca docelowego. Przypinamy rowery do barierki i idziemy. Na tabliczce napisano, że musimy zejść w dół – jakieś 15 min. drogi. No to idziemy i idziemy i idziemy…Aż w pewnym momencie zza drzew wyłaniają się zapierające dech w piersiach klify.
Zdumiewające, przytłaczające, uświadamiające nam, że jesteśmy małymi mrówkami i tak naprawdę niczym w porównaniu z naturą. Jest tak bosko, że chłoniemy widok na ile to możliwe.
Niestety mamy tylko 14 dni i 1500 km. W związku z czym zbieramy się i wędrujemy schodami w górę aż nagle słyszymy że grzmi… Jesteśmy na tyle zmęczone, że nogi czasami same się uginają.

Po wejściu na górę i wyjściu z lasu dostrzegamy niebo. Czarne. Wskakujemy na fury i pędzimy jak szalone.

Wiemy już, że nie dojedziemy do naszej chaty, w związku z czym w ostatniej chwili zjeżdżamy na pobliski camping. Rozmawiamy z Włochami, Portuglaczykiem ale nikt nie jest w stanie nam pomóc. Autobusów już nie ma, a taksówki – kosztują miliony.

Nagle huk i leje…
Sprawdzamy zawartość portfeli – stać nas na 1 Twixa – burżuazja. Zjadamy go, zaś sprzedawca – kucharz – zaprasza nas byśmy schroniły się w restauracji.
Nie zanosi się na poprawę pogody… „13” dzwoni do naszego gospodarza, ale ten nie odbiera.
Nagle Antonio – Portugalczyk pracujący w restauracji – pyta, czy zmieścimy się do jego auta. My się nie zmieścimy? Nawet jeśli to nasz maluch to wejdziemy tam razem z rowerami! 😀 Okazuje się, że Antonio ma na tyle duże auto, że wszyscy się mieścimy. Byłyśmy uratowane!
Gdy dotarłyśmy na miejsce – całe, zdrowe i znowu pozytywnie zaskoczone ludzką dobrocią i uczynnością – znacznie się wypogodziło.

Śmigamy jeszcze po foty z gospodarzem, jeszcze raz dziękujemy za udostępnienie domku i idziemy się ogarnąć.

Prysznic, kolacja (makaron z tuńczykiem i orzeszkami + codzienna porcja leków :P) oraz inne przyjemności, czyli znowu śpimy na łóżkach, których mamy aż 6 do dyspozycji…! 🙂 Ten nasz wyjazd ma naprawdę niewiele wspólnego z normalną wyprawą 😉

cdn.

PS Cała galeria, ze zdjęciami w maksymalnej rozdzielczości, dostępna jest również tutaj: http://1drv.ms/1LZWsnZ

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s