Pamiętnik wyprawowy – Dzień IV – czyli jak kupując jajka dostać klucze do rezydencji?

Tego dnia było wszystko: wiatr prosto w dziób, podjazdy, zjazdy, piękne widoki, wkur*ienie totalne, szukanie promu w szczerym polu w Fehrman, 147 km zamiast planowanych 90. Ale od początku…

Wstajemy, stół już zastawiony, szykujemy się, zasiadamy do wspólnego śniadania, wymieniamy kilka spostrzeżeń o świecie, trasie i czekających na nas przygodach. W końcu nadchodzi ten smutny moment, gdy musimy ruszyć w drogę. Tego nie lubimy w tej wyprawie. Za mało czasu spędzonego z naszymi gospodarzami.

Wieczorem nasłuchałyśmy się jak piękna jest Lubeka w związku z czym nie opuszczamy miasta bez delikatnego rowerowego zwiedzania. Teoretycznie miały być poszukiwania marcepanów ale… to wcale nie było takie łatwe. Ostatecznie wyjechałyśmy bez tego podobno lokalnego przysmaku.

Jaki był plan? Podbój Danii.

Do pewnego momentu szło nam nadzwyczaj dobrze. Piękne krajobrazy, świetna pogoda, często robiłyśmy „yyyyyy” na widok morza, kosztujemy jogurtów pod marketem (powiemy Wam, że jogurt owocowy jest niesamowity w smaku jeśli od dłuższego czasu je się wyłącznie naturalny).

Z czasem jednak w połowie zespołu energia uchodzi. Jak zwykle jesteśmy spóźnione. 😉
Dodatkowo nawigacja i nieco źle ustalona trasa przyczyniają się do naszego błądzenia gdzieś po polach. Zaczyna się rzucanie karimatami… (Ano energia uchodzi, bo jak tu się nie zirytować kiedy Kierownik jest święcie przekonany, że znajdzie prom w szczerym polu w Fehmarn i nie da sobie wytłumaczyć, że zabłądziłyśmy…).

Niemniej jednak znowu robimy „wow” i jeździmy po jakiś bezdrożach, pomiędzy rzepakami a wybrzeżem aż w końcu naszym oczom ukazuje się PROM 😀 Pakujemy nasze fury, zaraz obok pociągu (tak pociąg wjechał też na prom)…

… i żegnamy Niemcy.
Nie jest to jednak koniec naszej przygody tego dnia. Musimy jeszcze dotrzeć na pole namiotowe, gdzie czeka na nas skrawek trawy. Chociaż nie ukrywamy, że marzyłyśmy po cichu o łóżku 😉 Ale jak się człowiek przyzwyczai do luksów to później tak jest… 🙂
No ale, zajeżdżamy, przemiłe małżeństwo wskazuje nam miejsce na nasz namiot, rozstawiamy się w błyskawicznym tempie, ponieważ zaczęło się już robić ciemno, nasze rowery również znajdują dach nad kołami. „13” wpada na pomysł żeby podpytać gospodarzy o jajka na śniadanie (na kempingach często można kupić podstawowe produkty). Efekt? Kupuje jajka i jednocześnie dostaje od właścicielki klucz od pokoju, która mówi, że możemy się rozgościć.

No i niech ktoś nam powie, że dobro nie istnieje, że tak ciężko być życzliwym…

Rowery pakujemy do pokoju po słowach „Polak” i „bus”. Stereotypy jednak nas nie opuszczają. Głupie my, ale co zrobić… Niejednokrotnie słyszy się o znajomym znajomego, który ma znajomego a ten znajomy ma świetny rower na sprzedaż za grosze 🙂

Na kolację zajadamy świetne polskie danie – zupkę chińską. Vifon, w który zaopatrzyła nas Wiesława z okazji urodzin Prezesa. 😉 Na deser kanapka (nieco podsuszona, więc można uznać za sucharki) z dżemem i miodem, następnie myjnia i lulu, gdyż rano trzeba wcześnie wstać…

cdn.

PS Cała galeria, ze zdjęciami w maksymalnej rozdzielczości, dostępna jest również tutaj: http://1drv.ms/1LOMHIY

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s