Pamiętnik wyprawowy – Dzień III – Herzlich willkommen in Lübeck!

Z całych 150 km przejechanych tamtego dnia pamiętamy w zasadzie niewiele, tylko tyle, że miałyśmy komfort psychiczny, ze względu na nocleg, zagwarantowany przez Martinę i Arne w Lubece.

Zapytacie, w jaki sposób udało nam się go załatwić. Otóż istnieje coś takiego jak WARMSHOWERS – odpowiednik COUCHSURFINGU, o którym wspominałyśmy w poprzednim wpisie. Rowerowy Warmshowers jest dużo bardziej niszowy niż couchsurfing, jednak pozwala na bezproblemowe znalezienie noclegu w większości krajów Europy. Dla podróżujących na rowerach (i nie tylko) idea tych serwisów jest wręcz genialna, bowiem zyskujemy: nocleg po dachem, nowe znajomości, ciepły prysznic, gorącą herbatę, często również posiłek, czasami możliwość wykonania prania.

Oprócz czysto materialnych korzyści, najciekawszą jest zawsze możliwość poznania hosta-gospodarza, dzięki któremu możemy dowiedzieć się ciekawych rzeczy o okolicy lub po prostu się z nim zaprzyjaźnić 😉

Po codziennym rytuale, czyli w miarę szybkim ogarnięciu się, zjedzeniu śniadania przygotowanego przez „13”, spakowaniu całego naszego dobytku do sakw, tego dnia dodatkowo musimy znieść nasze rowery z 3. piętra (taaaa… polaaaczki – jeszcze wtedy nie wiedziałyśmy, że tam jest na tyle bezpiecznie, że można je było równie dobrze zostawić przed domem – tak jak wszyscy). Na sakwach montujemy nasze wyprane skarpety, które przez noc nie zdążyły się wysuszyć i ruszamy na w kierunku Lubeki.

Po drodze dojeżdżamy do Bad Doberan i tam zaczynają się nasze problemy z nawigacją – pierwsze na tej wyprawie. Błądząc po mieście i tradycyjnie już zawracając, stwierdzamy że najwyższa pora się zatrzymać i zweryfikować to, co wskazuje nasz Garmin (a przy okazji uzupełnić spalone kalorie – i tutaj doskonale sprawdziły się owsiane ciastka, o których wspominałyśmy już wielokrotnie i bez których nie może się odbyć żadna szprychowa wyprawa :)).

W tym miejscu również natrafiłyśmy na starą kolej, która zdecydowanie nas urzekła. Niemniej jednak ciekawsze były nazwy miejsc, które zawierały słowa w Polsce uważane za wulgarne, takie których nie wypada używać w rozmowach “na wyższym poziomie”.












Kiedy byłyśmy zajęte ustalaniem odpowiedniego kierunku naszej dalszej jazdy, podszedł do nas jeden z lokalnych i zapytał dokąd chcemy dojechać. Od słowa do słowa, okazało się że Pan w młodości również zjechał kilka europejskich krajów na rowerze, wskazał nam właściwą drogę i życzył powodzenia.

Ruszyłyśmy dalej. No i zaczęło się.

Podjazdy i wiatr w mordę przez większą część dnia a na dodatek przelotne opady deszczu, przez co zaczęłyśmy się śmiać, że na następną wyprawę zażądamy wozu technicznego na pokładzie z:

– trenerem odżywiania,
– trenerem mentalnym,
– fizjoterapeutą,
– menadżerem,
– i najlepiej psychiatrą (bo…”Kto to w ogóle wymyślił?” :P)…

(Ten psychiatra przyda się również Prezesowi, bo… jak ‘13’ zacznie śpiewać to…)

Przy czym, gdy odwracałyśmy się za siebie widok działał jakoś tak kojąco. Morze, rzepaki, promy, porządek. Mieszanka zieleni, błękitu i żółtego oraz widok pokonanego podjazdu nakręcają do dalszej jazdy

W pewnym momencie zaczęło nam brakować wody. Co prawda starałyśmy się znaleźć po drodze jakiś sklep, ale jak się później okazało, Niemcy w niedzielę świętują i wszystkie sklepy są tam pozamykane (Można? Można!).

Zrezygnowane pedałujemy dalej, jednak w pewnym momencie słyszymy dźwięk tłuczonego szkła. Od razu zapaliła nam się lampka. 🙂 Jak wiadomo w Wielkopolsce (i z tego co wiemy, chyba też na Śląsku) żadne wesele nie może odbyć się bez poprzedzającego go tradycyjnego purtelamu! A jak purtelam to jest szansa żeby zorganizować coś do picia. Ale spokojnie, jako Świadomi Kierowcy wyznajemy zasadę, że kiedy prowadzimy – nie pijemy nic %. Mimo wszystko „13” używając swojego uroku osobistego już po chwili rozmowy z gospodarzami dzierżyła w dłoni butelkę wody – byłyśmy uratowane! 🙂

Nie wiemy co nam dało taką moc ale pomimo tego, że na liczniku miałyśmy już 100 km, ostatnie 50 km pokonywałyśmy ze średnią prędkością 30 km/h. Po prostu istne szaleństwo.






























Dojeżdżając do Lubeki byłyśmy zaskoczone faktem, iż w zasadzie nikogo po drodze nie mijałyśmy, co jak na dwustutysięczne miasto, było co najmniej dziwne. Po ustaleniu dokładnego adresu miejsca, w którym mamy nocować, bez większych problemów, mimo padającego deszczu, docieramy do naszej rezydencji A tam. Prysznic, dwa łóżka, osobny pokój, kolacja idealna dla rowerzystów – makaron z brokułami i pralka, która doprowadziła nasze ubrania do porządku. 🙂

Wróćmy jeszcze do naszych gospodarzy. Martina i Arne okazali się być wspaniałymi ludźmi, o których wspomnienie dodawało nam energii kolejnego dnia. Osoby planujące swój wielki wyjazd, pełni pasji podróżnicy, bardzo rozmowni i wykazujący zainteresowanie. Ugościli wiele osób przed nami, w tym dziewczynę, która samotnie jedzie rowerem dookoła świata – my przy niej zdecydowanie nie mamy się czym chwalić. Tego typu spotkania uświadamiają nas, że warto przełamywać swoje granice i próbować tego co nieznane. Warto uwierzyć w ludzi i wyjść do nich. Dodali nam energii i wiary w to, że można wspierać innych wyłącznie słowem, dając tym samym odwagę na podejmowanie trudnych decyzji i realizowanie dotychczasowych planów.

Nie chciałyśmy wystraszyć naszych gospodarzy informacją, że o 7 chcemy wyjechać, oczywiście zaskoczyli nas i poinformowali że śniadanie będzie o 6:30.


cdn.

PS Cała galeria, ze zdjęciami w maksymalnej rozdzielczości, dostępna jest również tutaj: http://1drv.ms/1fxTAnQ

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s