Pamiętnik wyprawowy – Dzień I: Witaj przygodo!

9 miesięcy planowania, kilkadziesiąt nieprzespanych nocy, setki godzin spędzonych na dopinaniu wszystkich szczegółów i w końcu nadszedł dzień, na który czekałyśmy od dawna, który miał być początkiem wielkiej przygody i jednocześnie wyzwania, które miało (przede wszystkim) nam, coś udowodnić…Kiedy dzień wcześniej kładłyśmy się spać, byłyśmy delikatnie mówiąc zniechęcone a na naszych twarzach można było, bez większego przyglądania się, dostrzec oznaki przerażenia. Powód? Banalnie prosty. Nad Świnoujściem przechodziła wtedy burza i padało niemiłosiernie. Patrząc przez okno pomyślałyśmy tylko, że jakoś to będzie, że nie wszystko byłyśmy w stanie przewidzieć, jednak musimy być gotowe na każdy scenariusz – nawet na taki, że będziemy startować w strugach deszczu. A poza tym, co to taki deszcz? Przecież z cukru nie jesteśmy!

Ustaliłyśmy, że budzik ustawimy na 6:00, tak żeby o 7:00 wyruszyć. Efekt? Mimo sprawnej pobudki, jeszcze szybszego śniadania (ostatniego posiłku w bezpiecznym dla nas miejscu i w strefie komfortu) oraz względnie szybkiego założenia naszych stylowych ciuszków, w stajni naszych rumaków byłyśmy dopiero kilka minut po ósmej… Dlaczego? Przecież to oczywiste! Trzeba było po raz n-ty sprawdzić zawartość sakw. Ale to jeszcze nic. Kiedy w końcu wyprowadziłyśmy nasze rowery z garażu, „13” doszła do wniosku, że przedni hamulec jej GIANTa dziwnie się zachowuje (o „wymyślonej” ósemce na przednim kole w ogóle nie wspominamy – wiecie, nerwica natręctw, o której wspominałyśmy na samym początku, znowu dawała o sobie znać 😉 ). Skoro awaria pojawiła się zanim jeszcze wystartowałyśmy, czym prędzej musiałyśmy ją naprawić… a narzędzia, jakże by mogło być inaczej, na samym dnie w sakwie Prezesa (bo pewnie szybko nie będziemy ich potrzebować – szprychowa logika)… 🙂 No i jak tu się nie poirytować? Zamiast wyjazdu skoro świt już na samym początku miałyśmy dwie godziny opóźnienia… Ale jak się później okazało, to jest niepisana zasada Szprych – jeśli mówimy, że musimy wyjechać najpóźniej o 8, wyjedziemy o 10, jak zwykle spóźnione.

(I jeśli nie możecie pewnych rzeczy przeskoczyć, powinnyście spróbować je zaakceptować, albo chociaż tolerować. Wierzcie mi [to mówię ja – Prezes], jeśli trzy dni z rzędu od rana masz 2 godziny opóźnienia, to mimo że zazwyczaj starasz się być punktualnym, czwartego dnia zaczynasz się powoli do tego przyzwyczajać i nawet można by rzec, że przestaje cię to denerwować. Chociaż to ostatnie to tylko pozory ;))

Po wyregulowaniu hamulców, sprawdzeniu wszystkich innych, nie sprawdzonych do tamtej pory, rzeczy, zamontowaniu całego bagażu, w końcu o 9:00 udało się ruszyć i wtedy „13” stwierdziła, że Prezes ma za mało powietrza w tylnym kole, jednak mimo protestów zaniepokojonego Kierownika, zbagatelizowałyśmy całą sprawę (jak się później okazało – słusznie, bo SUPek śmigał jak należy).

Nie zdążyłyśmy się za bardzo rozpędzić a już po przejechaniu zaledwie 4 km naszym oczom ukazało się przejście graniczne, które oznaczało tylko jedno – za chwilę nie będzie odwrotu. 🙂

20150501_075111_maleSzybkie zdjęcie i ruszamy dalej.

Od samego początku szło nam nie najgorzej, rowery po serwisie śmigały jak nówki sztuki, bagaż mimo początkowych obaw nie utrudniał bardzo pedałowania, promienie słońca, które nieśmiało zaczynały przebijać się przez chmury, dodatkowo nas napędzały. Zapowiadało się, że pogoda w końcu zacznie nam sprzyjać. Niewątpliwie dodatkowym „+”, który nas napędzał był widok, który miałyśmy cały czas po prawej stronie. Plaża, morze – to jest to, co Szprychy lubią najbardziej… 🙂

Docieramy do Ahlbeck, bardzo znanego i lubianego kąpieliska nadbałtyckiego. Niby prawie w Polsce a jednak „prawie” robi wielką różnicę. Jest czysto, spokojnie – nic tylko odpoczywać.

Chwilę wcześniej „13” stwierdza, że jej pancerny Ajfon ma uszkodzoną obudowę i korzystając z chwili postoju zaczyna, jakże by inaczej, grzebać w sakwach w poszukiwaniu szarej taśmy (każda okazja jest przecież dobra żeby sprawdzić czy przypadkiem nic nie wypadło albo czy znajduje się na swoim miejscu… :)).

Ruszamy dalej, jednak nie rozpędzamy się za bardzo, bowiem zbliża się „pora karmienia” (jeszcze przed wyjazdem ustaliłyśmy, że będziemy robić przerwy na jakiś posiłek co 2 godziny lub po przejechaniu 40 km, bez względu na to czy będziemy głodne, czy też nie. Nie ma chyba nic gorszego jak odcięcie paliwa.).

Znalazłyśmy dogodne miejsce albo jak kto woli – piękne okoliczności przyrody – i zabrałyśmy się za pałaszowanie „skurczybułek” (specjalny rodzaj bułki, który jest przewożony w sakwach, na których leży wór transportowy wraz z karimatą).

Machając ile sił w nogach dojeżdżamy do Wolgast – najdalej wysuniętego na północny wschód miasta Niemiec, nazywanego często „bramą na wyspę Uznam” (dwa miejskie mosty łączą Uznam ze stałym lądem).

Przy moście dopada nas chyba mały kryzys i nie dość, że jednogłośnie postanawiamy złapać stopa, to „13” przypomina się jej ulubiony film (chociaż ja mam wrażenie, że Kierownik ma raczej myśli samobójcze :P).

Rozbawione siadamy na rowery i zmierzamy w kierunku Katzow – miejscowość jak miejscowość, jednak na etapie planowania trasy naszą uwagę przykuły znalezione w internecie obrazki, prezentujące dość specyficzne rzeźby z metalu, rozstawione na polu. Nie pozostało nam nic innego jak sprawdzić czym w rzeczywistości jest Skulpturenpark.

Teren jest ogólnodostępny, za wejście nie trzeba płacić, nikt chyba nawet nie pilnuje tego przybytku. Wjeżdżamy na parking, rozglądamy się czy aby na pewno nie powinnyśmy kupić jakiegoś biletu, znajdujemy dogodne miejsce do zaparkowania naszych obładowanych rumaków – takie by nikomu nie przeszkadzały i jednocześnie żeby cały czas były w zasięgu naszego wzroku. Kiedy jesteśmy już pewne, że SUPek i GIANT nigdzie nam nie odjadą, łapiemy w jedną rękę nasze aparaty, w drugą ciasteczka MOCY  ruszamy w teren. Szybko jednak zostajemy sprowadzone na ziemię i po raz kolejny natura daje nam o sobie znać – znów zaczyna padać.

Szybka sesja w terenie i delikatnie już przemoczone ruszamy dalej w poszukiwaniu słońca.

Słońca, które, mamy nadzieję, odnajdziemy w ciekawym miasteczku Greifswald. Dlaczego ciekawym? Ano dlatego, że to tam „13” zalicza pierwszą i to dość spektakularną glebę (tak to jest jak się jeździ po torach tramwajowych :P). Miasto, zadbany rynek, wszechobecny ład i porządek robią na nas ogromne wrażenie. A jednak można papierek po cukierku, puszkę po piwie wrzucić do kosza…

Naszą uwagę przykuwa od razu polska flaga dumnie trzepocząca na wietrze – miły akcent tego dnia. Na placu w centrum miasta robimy kilka zdjęć (korzystając z faktu, iż „13” i tak grzebała w sakwie – wiecie, postój bez sprawdzenie bagażu, postojem straconym :P).

Celem na ten dzień była Rugia. Przeprawa promowa i… idealnie: rzepaki, ścieżki rowerowe szerokie niczym autostrady i gładkie jak tafla lodu.

Robimy co w naszej mocy, by dojechać tam gdzie zaplanowałyśmy, jednak już tego dnia zdajemy sobie sprawę z tego, że nic nie będzie takie jakim sobie to wyobrażałyśmy z perspektywy kanapy. Bo skąd się biorą te górki i jak to się dzieje, że nagle zamiast jechać tymi, wcześniej wspomnianymi, przepięknymi rowerowymi autostradami lądujemy w polach rzepaku, błotnych drogach? No jak?

Dopada nas rezygnacja i niechęć, jednak jeden z błotnych podjazdów (a w zasadzie jego zwieńczeniem) jest nagrodą.

Widok jaki maluje się tuż za górką prawie ścina nas z nóg (nie, nie jest to zmęczenie).

Rzepak, morze a w tle klify – tak, te klify, które planujemy zdobyć.

Plan planem… jednak nie mamy siły ani czasu by dostać się do Sassnitz, ani chociażby Selina. Zaczynamy gonitwę za noclegiem. Prezes jest w takim stanie, że najchętniej urwałby komuś głowę, „13” natomiast decyduje się zagadać w ogródku pewną kobietę, która musi być fanką Monty Pythona i na każde zadane pytanie odpowiada tylko i wyłącznie słówka „ni”. „Ni” to „ni” – jedziemy dalej. Nad brzegiem morza dostrzegamy dziewczynę, która uwiecznia na fotografiach zachód słońca. „13” nie zważając na żadne dołki, kamienie i inne dziwne rzeczy wyrastające przed nią, tak się spieszy by „zagadać”, że aż gubi wór transportowy…

Nie zwracając na to uwagi, podchodzi do nieznajomej i pyta, czy zna tu kogokolwiek?

Pada krótkie – „Nie”.
– Czy może ma ogródek?
– „Nie.”
– A może kuchnię lub kawałek podłogi?
– „Nie.”
– Znajomych?
– „Nie.”

…po czym wsiada do nowego audi i tyle ją widziałyśmy.

Zdesperowane wybieramy jakąś chatę krytą strzechą, a „13”, jakże by inaczej, puka odważnie. Gospodarz nie zna języka angielskiego a niestety nasz niemiecki był ale się zmył. Angielsko-polsko-niemiecko-migowym tłumaczymy, że szukamy miejsca żeby rozstawić namiot. I? Ha! Mamy to!

Rozkładamy chatę, mimo iż już dopadł nas zmrok i ciemności egipskie rozpalamy kuchenkę, po czym słyszymy czyiś głos. Podchodzi do nas jakaś Pani i pyta, czy ugotować nam ten ryż w domu, bo będzie szybciej – zdecydowanie przytakujemy.

Ale na tym się nie kończy. Zostajemy zaproszone do mieszkania, poczęstowane kurczakiem z ananasem i ryżem oraz ciepłą herbatą. Spędzamy miło czas rozmawiając w kilku językach ze słownikiem angielsko-niemieckim i jakoś sobie radzimy. Jednak zmęczenie jest silniejsze od nas, co tłumaczymy naszej gospodyni. Ta jednak nie odpuszcza i wyposaża nas w owoce, kanapki na drugi dzień, ugotowane jajka. Niesamowita kobieta z tej Doroty.

Pora spać i zbierać siły na kolejny dzień, jednak zanim zasypiamy, dopada nas głupawka z serii „Prezes nie zapłacił za światło i coś ciemno w tej naszej chacie”.

cdn.

PS Cała galeria, ze zdjęciami w maksymalnej rozdzielczości, dostępna jest również tutaj: http://1drv.ms/1SflByw

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s